piątek, 14 sierpnia 2015

Rozdzial 3

Mój plan został zrealizowany w 50%.
Semei jest uwielbiany, co jest dobre... A Hiroki został obsypany hejtami.
Przynajmniej chłopak jest przyzwyczajony...

____________________________  
         
     Wiecie co? Przyznaję się bez bicia, nie jestem szczególnym mistrzem w mówieniu o moich uczuciach. Już w szczególności w obliczu wszechogarniającej mnie furii spowodowanej obecnością pewnego "pana rozjebki" czy jak go tam nazwać. No i wiem, że nie powinienem jakichkolwiek emocji wyładowywać na innych, a już w szczególności tych silnych. Ale... no.
Chwilkę po tym jak Semei zrobił "wyjście smoka", moja mama postanowiła zająć jego miejsce. No i okej, nie wiedziała co zaszło, nie miała zielonego pojęcia, że jeszcze przed chwilą jej widoczny ulubieniec, postanowił użyć swojego breloczka jako fajnej zabaweczki do zrobienia mi krzywdy. Ha! I nie był to jakiś... nie wiem, plastikowy nożyk, czy co tam, tylko cholerny kieł! I nie wiem, kurde, skąd on go wziął, ale bynajmniej nie z targu czy innego bazarku. Być może wyrwał go jakiemuś psu. W każdym razie, zaraz po tym jak mama weszła do pokoju, usłyszałem charakterystyczny dla niej  pisk, a następnie bylem zmuszony do wysłuchania ledwie zrozumiałego potoku słów o tym jak nieostrożny jestem. Po udzieleniu mi, widocznie niezbędnej pierwszej pomocy, dowiedziałem się o moim, jak to mama określiła, bojowym zadaniu. Innymi słowy przyszedł czas na przełożenie gerber do większych donic, co oczywiście do powrotu mojego taty poczekać nie mogło.
    - Gadałeś z Semeiem? - zapytała odbierając ode mnie kolejne kwiaty.
    - To znaczy...? - spojrzałem na nią znacząco, chcąc dać jej do zrozumienia coś w stylu, "okej wszyscy wiedzą że się troszczysz, ale talent do układania kwiatków to nie to samo, co układanie czyichś znajomości",  po czym odebrałem kolejną doniczkę.
    - Hiroki. - podkreśliła moje imię, chcąc, patrząc po tonie, przywołać mnie do porządku - to nowy dom. Twoja szansa na zdobycie znajomych. Zawsze marzyłeś, by być jak każdy normalny nastolatek.
    - Jakoś nigdy wcześniej nim nie byłem, co? To ty uroiłaś sobie, że ta zakichana młodzież, aby w ogóle nią być, musi mieć multum gównianych ludzi wokół siebie? - w tym momencie ujawnia się ta chora tendencja mojej matki, do wyciągania faktów z przeszłości i przekoloryzowania ich. Wiecie, robicie coś jako dziecko, zwierzanie się z czegoś, a za parę lat wraca to jak cholerny bumerang, tyle że z domalowanymi wzorami. Kiedy coś wyrzucasz, robisz to z myślą o pozbyciu się tego. A nie o dostaniu tego z powrotem, w zmodyfikowanej formie, która jest jeszcze bardziej bolesna.
    - Ale to nie jest multum... - zaczęła się usprawiedliwiać.
    - To tylko Semei? - dopowiedziałem, nie dając jej skończyć. - Cud, miód i maliny, chłopak z dobrej rodziny, tak? (dop. od edytorki: rapsy, rapsy.) - mama wyprostowała się i po raz kolejny spojrzała na mnie władczym wzrokiem. - Znowu znalazłaś mi wzór do naśladowania, czy jak? Jesteś nieszczęśliwa bo co? Masz mało męskiego syna? Bo nie umawiam się na randki? Nie chodzę na imprezy? - patrzyła na mnie tak, jakby wiedziała, że nie mam racji. Dokładnie tak, jakby wcale mnie nie słuchała - Jestem aż taki ciulowy, czy co? Tak ci źle?  
    - Hiroki... - usłyszałem błagalny ton matki
    - To twoja wina. Ty żeś mnie wychowała na skończoną ciotę... - miałem już gule w gardle. Byłem wkurzony a zarazem coś mnie tknęło i chciałem płakać. A przede wszystkim, chciałem powiedzieć więcej. Wyżyć się. Jeszcze raz rzucić bumerangiem, w nadziei, że tym razem nie wróci. Tylko oczywiście w tym momencie zachciewa mi się ryczeć. Ciota.
     - Ja rozmawiałam z Semeiem...
    - Wiem. -  uciąłem krótko.
    - To dobry chłopak...
    - Nie ma w nim nic dobrego. - wróciłem do podawania kwiatów.
    - Co to za ton? Chłopak zgodził się ci pomóc w znalezieniu znajomych. W dostosowaniu się do szkoły. Zawsze miałeś z tym problemy! - moja mama krzyknęła całkowicie ignorując donicę, która starałem się jej wcisnąć.
    - Czyli przekazałaś mu pałeczkę? Po prostu nie byłem lubiany. Ale to nie oznacza, że od razu należy panikować! Kto powiedział, że potrzebuję pomocy tego gościa?!
    - Ja! 
    - A kto Ci dał, do jasnej cholery, prawo?  Kim ty jesteś, żeby decydować o tym z kim, kiedy, i w jakich okolicznościach mam się spotykać?! Dlaczego za wszelką cenę starasz się zrobić ze mnie durnego nastolatka z telenoweli?
    - Bo się...
    - Martwisz, tak. - nie dałem jej dokończyć. - Biadolisz o tym, od kiedy rozumiem nasz zakichany język. Razem z ojcem potraficie mi tylko pokazywać ile problemów jestem w stanie wam sprawić. Gdziekolwiek idę, gdziekolwiek jestem, wy też tam musicie w jakiś sposób być! Tak jakby samo powietrze miało mnie zabić. Każdy napotkany człowiek pobić. Kolega, którego ty mi nie wybierzesz miałby być jakimś skończonym zboczeńcem. Zachowujecie się jakbym nie wiedział co mam jeść, gdzie iść, może nawet spać. O zgrozo, nawet gdy tata dostawał ten dom w ofercie pracy, ty musiałaś się wtrącać i sprawdzać cholerne przystosowanie dla mojego zdrowia. Mimo że akurat, nic, naprawdę nic co jest w budynkach mi nie zagraża i nie jest związane z moimi uczuleniami! I cała ta szopka ciągnie się przez te cholerne siedemnaście lat! Bo TY się martwisz!  - właściwie to gadałem cokolwiek przyszło mi do głowy, tracąc wątek całej awantury. Poszło właściwie z górki. Od znajomych począwszy, na przeprowadzkach skończywszy. I opamiętałem się dopiero, jak mama ostentacyjnie wyszła z pokoju, a ja zostałem sam z ta felerną donicą w dłoniach. Położyłem ją na biurku, a następnie, sprzątnąłem resztki ziemi. Niekoniecznie było to idealnie pozamiatane, ale hej... Próbowałem...
   Wracając do punktu wyjścia, siedzę przy otwartym na oścież oknie, raz po raz przypominając sobie całą sytuację i zastanawiając się nad sensem całej awantury. Bo tak na dobrą sprawę, ciężko mi stwierdzić czy powinienem mówić to wszystko. Zresztą prawdopodobieństwo przyswojenia tej informacji przez moją mamę równałby się z cudem. Ta miłująca kwiaty kobieta jest jednak osobą o, co łatwo zauważyć, ciasnym umyśle. Co ogólnie rzecz biorąc jest cechą dość uciążliwą, bo trudno babce niektóre rzeczy wytłumaczyć. I nie jestem jedynym, który tak uważa, o ile opinie członków rodziny powinienem brać na poważnie.
   Rozglądałem się po ogrodzie widocznym przez okno mojego pokoju. Niewielka działka z przygotowanymi miejscami do posadzenia kwiatów. Każdy domek miał przydzielony ogródek z ogrodzeniem. I wszystko było tak samo urządzone. Ogólnie rzecz biorąc, sam widok nie był zły, gdyby nie spora ilość roślin oraz drzewo, zarówno w naszym jak i innych ogródkach. Szczególnie teraz w czasie wiosny, kiedy pylą kwiaty, została mi odebrana alternatywa spędzania czasu przy otwartym oknie, co w żadnym stopniu nie łączyło się z aprobatą z mojej strony.
Wychyliłem się mocniej przez okno i poczułem drażniący zapach dymu papierosowego.
Owym palaczem był, bo ten dzień nie mógł być gorszy, wielki macho Japonii, Semei. Zapobiegawczo schowałem się nieco, mimo, że brunet był odwrócony do mnie tyłem na balkonie, więc nie było większej możliwości by ten mnie zauważył. Sam widziałem już tylko jego męską, dą dłoń trzymającą fajkę.
    - Nie wiem jak możesz to palić - usłyszałem nieznajomy męski głos. - Mógłbyś chociaż wysilić się o lepszą markę.
    - Jesteś jedynym, któremu to przeszkadza. Równie dobrze mógłbym do ciebie podleźć i powiedzieć, "Ej, Akira powinieneś zacząć palić." -  rzucił przykładem, odgryzając się chłopakowi. I cholera, jego ton o wiele bardziej się różnił. Pieprzona anakonda zmieniła się w jaszczurkę. Byłem ciekaw jak wygląda jego rozmówca, być może był od niego większy i Semei się go bał? Ha, potulny buras. Wychyliłem się nieco poza framugę okna by potwierdzić moją teorię. Ta jednak została boleśnie obalona. Koło czarnowłosego stał trochę wyższy facet, z dziwnie brązowymi włosami - a chuj z nazwą, jakaś laska pewnie nazwałaby to "czekoladowym" albo jeszcze jakoś inaczej. Nie wydawał się być szczególnie umięśniony, był raczej średniej budowy. I wiecie co? W porównaniu do bruneta, nie ubierał się, jakby był w czasie wiecznej żałoby! Myślałem, że tacy ludzie trzymają się raczej z tą samą partią. A Akira, o ile nie pomyliłem imion, nie sprawiał wrażenia kogoś pokroju pana wpierdolki.
    - Ostatnio jesteś coraz bardziej drażliwy. Co tym razem? Ojciec, matka, siostra czy praca? - zacząłem się zastanawiać, czy na tym świecie jest ktoś, dla kogo ten gbur stara się być miły.
    - Te pasztety zaczynają mi płacić coraz więcej, bo za mało im doznań.
    - Czyli jednak praca. Wiesz, to są takie napalone mamuśki, którym zabawa z mężami już nie wystarcza. - przysunąłem się nieco bliżej, aby upewnić się, że przypadkiem o czymś się nie przesłyszałem. Normalnie nie dawałem wiary własnym uszom. - Za taką kasę nawet ja mógłbym się postarać i trochę bardziej pozwolić im zapomnieć o problemach. Za to ty jesteś oschłym gburem nawet w takich sytuacjach. - no właśnie, mówiłem, że gbur... Ale to teraz nie było ważne! O jakich "sytuacjach" on mówił? Czułem się w tamtym momencie jak młodszy brat, który podsłuchuje swoją siostrę i jej koleżanki albo ktoś, kto właśnie usłyszał o handlu narkotykami.
    - To się wysil i chociaż spróbuj to wytrzymać. Te gówniane pieniądze to jedno, te napalone baby to drugie. - Siedziałem jak gówno w trawie, wciąż słuchając ich rozmowy. I w tym momencie szatyn podszedł do barierki od strony mojego okna. Zastygłem patrząc na niego. Ten zmierzył mnie wzrokiem uśmiechając się. Machnął na mnie ręką, choć niekoniecznie wiedziałem o co mu chodzi.
    - Ej, Semei. Ten maluch, o którym mówiłeś wcześniej... - ratujcie mnie. Zastygłem, normalnie nie potrafiłem się wycofać. - ...mieszka obok ciebie?
    - Obok mnie? - zapytał. Ze strachu, że brunet także mnie zobaczy, moje ciało się wybudziło i właściwie momentalnie zacząłem zsuwać się z parapetu po czym, o ile to możliwe przy mojej gracji płetwala błękitnego, cicho opadłem na łóżko stojące pod oknem. - Ty, no. Nawet nie wiedziałem. Posadził już sobie kwiatki. - no oczywiście, śmiał się ze mnie. Stał i się śmiał. Jaszczurko piekielna, słyszę cię! Czy on sobie nie zdawał sprawy, że jestem facetem? Druga sprawa, zastanawiało mnie dlaczego skłamał.
    - Wiesz, wydaje mi się, że nie jest tak wielkim durniem, by sadzić przy oknie coś, co powoduje u niego alergię. - On też już wie?! A zresztą, nieważne, ludzie, mam człowieka po mojej stronie! Boże, wybacz mi proszę wszystko złe, co o nim powiedziałem 
    - Jego matka też nie wydawała mi się idiotką, która by to zrobiła. - aha, magiczne elfy kwiatowe Semei, magiczne elfy - Nawet nie wiesz jak ona się z nim cacka. "Hiruś to, Hiruś tamto".
    - Jak każda matka, idioto. Twoja też by się tak cackała, gdyby nie twój ojciec i twoje nastawienie.
    - Aha. Chcesz ją jakoś usprawiedliwić?
    - Nie, aktualnie staram się odciągnąć cię od okna tego chłopaka... I jego kwiatków. - przez chwilę centralnie, bałem się, że mnie wsypie i powie, że siedzę pod parapetem. - Bawisz się w "kocha, nie kocha"? Przestań je obrywać, jeszcze chłopak się wkurzy, że ruszasz jego...
    - Chwasty? - dokończył ze śmiechem czarnowłosy. W tym momencie nie miałem serca się z nim sprzeciwiać. Właściwie gdyby nie okoliczności, mógłby je zrywać bez końca. - Skończyłem palić. Idziemy?
    - Nareszcie, można oddychać!
    - Spierdalaj. - czarnowłosy, co mnie zdziwiło, powiedział to w całkiem serdeczny sposób... Ciężko mi było uwierzyć, że on ma jakieś ludzkie odruchy...
      Nawet po tym jak ci dwaj zniknęli, przez jakiś czas leżałem sztywny pod oknem. Po tym, kiedy już się w końcu podniosłem, spędziłem dobre pięć minut na zastanawianiu się czy zamknąć te felerne okno. Moje myśli krążyły między "A co jeśli ten facet zorientuje się że tam byłem", "Jego kumpel mógł zawsze się wygadać".  Mimo to zostawiłem je otwarte na roścież. Wyglądało ono okropnie bez żadnych firan, tak nawiasem mówiąc.
Kręciłem się jeszcze chwilę po pokoju, aż w końcu złapałem za moją workowatą ( i wielokrotnie podartą) torbę, do której schowałem także dość wyniszczony portfel i wyszedłem.


~*~


   
    Przeciągnąłem się w wygodnym łóżku, po czym przetarłem zaspaną gębę. Do czego to doszło, bym był wdzięczny niebiosom za wolny poranek? A raczej popołudnie, bo nie należałem do osób które lubią wcześniej wstawać, a już w szczególności w dni wolne. Sprawdziłem telefon, gdzie oprócz późnej godziny czekały na mnie dwie wiadomości od dziewczyny mojego kumpla.
Jej standardowe "Śpisz?" oraz "Yooji i reszta chcą się spotkać. Co powiesz na siedemnastą?", wysłane około godziny temu. Zawsze to zaleta znajomych, by mieć z kim wyjść, gorzej jeżeli to oni bez końca cię nakłaniają, szczególnie w dni, w które ty masz wolne i chcesz się raczej zająć sobą, niż nagrzanym piwem i idiotycznymi docinkami ze strony niektórych osób z paczki. A najgorzej jest, jeśli grupa tych osób wykorzystuje zdolności manipulacyjne jednej z najgorszych kobiet pod słońcem, a zarazem dziewczyny twojego najlepszego przyjaciela (co sprawia, że nie możesz jej uciszyć kiedy trzeba i w sposób najbardziej adekwatny do jej rozgadanej mordy). Więc niezależnie od tego, jak bardzo w tym momencie moja leniwa dupa przywarła do łóżka, muszę ją w przeciągu następnych czterech godzin od niego oderwać i jeszcze zacząć się szykować, by nie odstraszyć innych.  
Wyciągnąłem jakieś stare, przetarte spodnie z szafy i zawlokłem się do łazienki. Po wzięciu prysznica, co zajęłoby mi o wiele mniej czasu, gdyby nie to, że stałem jak debil pod strumieniami letniej wody, naciągnąłem na siebie wybrane ciuchy. Pod koniec zadzwoniłem do Mishi, chcąc upewnić się co do godziny i miejsca spotkania, a że nic z ustaleń się nie zmieniło, miałem przed sobą prawie trzy godziny bezczynnego siedzenia i czekania na przyjście innych do mojego domu. Bo od czasu, gdy moi rodzice robili w popołudniowych godzinach, wszelkie nasze spotkania były organizowane u mnie. Mój ojciec wracał o jedenastej w nocy, a matka, która była około dwudziestej, niekoniecznie paliła się by wchodzić do mojego pokoju, niezależnie czy ktoś w nim był, czy nie. Chyba, że poczułaby dym papierosowy. Cóż, ogólnie rzecz ujmując, w naszym domu musiałoby zdarzyć się coś naprawdę poważnego, by ktokolwiek ze mną rozmawiał. Ktokolwiek się zainteresował. Bo, jak się okazało kilka lat wcześniej, jestem gejem. A że syn homoś niszczy rodzinną reputację, nie jestem tu raczej mile widziany. Kiedyś jeszcze całe to wszystko wydawało mi się zabawne, bo rodzice nie mogli wiele mi zrobić. Zawsze stawał za mną dziadek, który w czasie każdej afery brał mnie do siebie, nawet na kilka nocy.
I nie zawsze chciał oddać.
Jego obecność przez dłuższy czas służyła mi jako dobry argument do szantażowania innych domowników. Ale dwa lata później, dziadek zmarł, a ja dostałem się do prestiżowej szkoły i szlag trafił wszystko. Nagle musiałem stać się dorosły i niezależnie, co bym robił, i tak  każdy miał mnie w dupie.
Ha, raz dla świętego spokoju byłem z dziewczyną. A historia naszego zerwania była bardzo prosta. Bo widzicie, w tamtym czasie niekoniecznie wiedziałem jak dokładnie działa prezerwatywa. Jak ją zakładać, czy coś. - Zastanawiacie się pewnie, po co w ogóle z nią spałem? Patrzenie na moją idealną buźkę i wpierdalanie się pod moje ramię jej nie wystarczało, robiłem to tylko i wyłącznie po "małym" wstawieniu się. - Więc z mojego udawania "normalnego syna" miało wyjść dziecko. O czym nikt oprócz mnie i tej babki do samego końca nie wiedział. A to czy syn, czy córka, tego nie wiem, bo tamta księżniczka, chcąc uniknąć jakże koszmarnej konfrontacji z rodzicami, chciała aborcji.
Którą JA miałem opłacić.
Co też zrobiłem.
Głupi JA. Ale to była cena mojego spokoju. 

Dziewczyna wyprowadziła się zaraz po tym, zrywając wszelkie kontakty. I nie to, żeby mi to przeszkadzało, była paskudna, pod każdym względem. Jak każda baba. Ale powiem szczerze, że nawet gdyby dziecko miało odziedziczyć te same, odrażające cechy, wolałbym by jednak zostało. Dziecko nie było niczemu winne, ale ta głupia suka wręcz wymusiła u mnie danie jej tej kasy. Mojej sytuacji już właściwie nie dało się pogarszać. Ojciec, chcąc utrzymać opinię wśród ludzi z firmy, ukrywał moje gejostwo. Wydziedziczając mnie, zdradziłby sam siebie. A dzieciak pewnie zaprzeczyłby ewentualnym przypuszczeniom ludzi.
Dodatkowo maluch miałby już prawie dwa latka...
Wyciągnąłem z szuflady paczkę fajek, z której wyciągnąłem ostatnią sztukę. Idealnie jak na spędzanie wieczoru ze znajomymi. A zważywszy na to, że nie chciało mi się iść do sklepu, gdzie sprzedadzą niepełnoletniemu fajki, bo ten znajduje się kilka kilometrów stąd, musiałem sobie poradzić albo bez nich, albo jak małolat poprosić kogoś o kupno. Co też zrobiłem. Wygrzebałem telefon z rozwalonej pościeli i napisałem do jednego sprośnego głupka, który w tym momencie był mi najbardziej potrzebny.
"Przyjedź tu szybciej i kup mi fajki po drodze". - Oczywiście nie czekałem zbyt długo na jego, jakże kochaną, odpowiedź.
"Masz mi oddać pieniądze. Będę za dwadzieścia minut". - Bo szybciej się nie dało. Nieważne, że sknera ma auto.
Odpaliłem ostatniego peta po czym zacząłem łazić z nim po pokoju, tym gorzej dla moich płuc, nie otwierając okna. I tak oto spędzałem czas bawiąc się dymem papierosowym i robiąc z niego chociażby okręgi. Ilekroć bym tego nie robił, zastanawiało mnie dlaczego ludzie uznają to za tak... fantastyczną zabawę. Skoro ty tylko dym... Jakieś głupie marzenie z dzieciństwa, żeby urodzić się smokiem?
Po wypaleniu go, pościeliłem łóżko i na miarę własnych możliwości, które już i tak były mocno ograniczone przez czas, ogarnąłem pokój. W tym samym momencie usłyszałem, jak ktoś otwiera drzwi na dole. Moja dostawa weszła z lodem na patyku w pysku.
    - Wisisz mi sześćset yenów. - powiedział wyciągając loda i paczkę moich przyjaciół.
    - W Europie to kupowałeś, że takie drogie? - odparłem wkurzony, gdy rzucił mi fajki.
    - Nie, kosztowały coś czterysta osiemdziesiąt, ale chyba należy mi się jakiś napiwek? - Zmierzyłem go wzrokiem po czym rzuciłem mały portfel.
    - I nie próbuj brać więcej! - ostrzegłem ze spojrzeniem, które jednoznacznie mówiło, co go czeka, jeśli weźmie choć o dziesięć yenów więcej.
    - Skąpiec. Masz w chuj kasy. Wspomóż kolegę na własnym utrzymaniu! - szczenięce oczy działały dużo lepiej u niższych ode mnie osób niż u niego, dryblasa prawie o pół głowy wyższego. Ewentualnie Yooji nieźle sobie z tym radził...
    - Tak, znam to, "mam rachunki do zapłacenia i złote rybki, które muszę wysłać do szkoły". Sam na siebie zarób. - odpaliłem kolejnego papierosa.
    - Wyjdź z tym badziewiem. - odesłał mnie ręką w stronę balkonu. Zasalutowałem mu bez słów i wyszedłem. Ten przyszedł chwilę po mnie.
    - Nie wiem jak możesz to palić. Mógłbyś chociaż wysilić się o lepszą markę...


~*~



       W Tokio, w czasie wiosennych wakacji, ogólnie jakiejkolwiek przerwy wakacyjnej, jest spory szał na wszelkie pomoce naukowe. No wiadomo, jest na czym zarobić. Jest pełno reklam, czy to w telewizji, czy na internecie. A tu nic. Jak wejdziesz do jakiegoś sklepu to może natkniesz się na promocje "dwa długopisy w cenie jednego". I powiem szczerze że gdyby nie fakt że chcę zwyczajnie wyposażyć sobie pokój, to by mi to aż tak nie przeszkadzało. Ale. Nawet z moim dośc sporym kieszonkowym, ciężko jest kupić wszystkie potrzebne rzeczy na raz. A w tej sytuacji, jest to coś co najchętniej bym zrobił. Bo kiedy rozpoczęły się wakacje, moi rodzice uznali że wszelkie zjechane przeze mnie sprzęty i pomoce naukowe mają być wywalone i że kupimy nowe. A że używam właściwie wszystkiego kiedy się uczę, zdecydowana większość moich toreb, wszelkie moje flamastry i zakreślacze, oraz część moich notatników, została bestialsko wywalona bądź spalona. Także teraz muszę uzupełniać moje zapasy na nowo. Czasem mam wrażenie że moi rodzice mają na prawdę za dużo pieniędzy...
   Szedłem przez miasto z kilkoma , dość ciężkimi torbami. I o rany, poczułem ulgę widząc sporą kawiarnię i wiedząc że mając jeszcze trochę pieniędzy w kieszeni mogę śmiało pozwolić sobie na przerwę. I nie ważne było że mogłem zadzwonić po taksówkę i napić się herbaty w domu, bo pokoje najczęściej użytkowane przez mamę, były już zdatne do użytku. Ale i tak wolałem zapłacić coś koło trzystu jenów za wymyślną herbatę, a potem targać się do domu z tymi tobołami.
   Prosta w wystroju kawiarnia miała dość bogatą ofertę napojów i deserów. Widać było też, że jest dość popularna. Spędzali w niej czas zarówno ludzie zajęci firmą, siedzący przy laptopach i zamawiając kubki kawy, a także grupy znajomych którzy zamawiali spore desery lodowe i wymyślne napoje. A ja siedziałem jak dupa z herbatą bez cukru i ciastkiem, którego i tak nie mogłem zjeść.
   I ogólnie rzecz biorąc fakt, iż nie miałem możliwości skupienia uwagi na czymkolwiek oprócz herbaty, moje myśli machinalnie kierowały się w całą sytuację z rana, co oczywiście skutkowało tym, że na nowo zacząłem ją od nowa analizować. I coraz bardziej się nakręcać. I coraz bardziej się wkurwiać. Temat całej awantury nie był tak naprawdę nic wart. Znaczy był, niby. Teraz mama, o ile weźmie sobie do serca to co powiedziałem, powinna dać sobie spokój ze znajdowaniem mi znajomych. Zwalać wszystko na dobre chęci. Matczyne instynkty, czy co tam.
W jej przypadku, zaczęły zawodzić już jakieś sześć czy siedem lat temu. Mam nawet takie nieodparte wrażenie, że planowała sobie dziewczynkę, a nie chłopca i teraz jakoś stara się z tym żyć. Całe życie spędziłem sam, nie mając tej typowej podpory, którą mieliby być znajomi. I tylko przypatrywałem się, prowadziłem jebane obserwacje, jak to jest mieć znajomych. W momencie kiedy każda grupa osób podążała za jakimiś genialnymi trendami, jako grupy dzieciarni wymyślali coraz to nowsze gry, ja nie robiłem nic. Można by powiedzieć, że nawet dorastałem nieco wolniej. Znaczy, na pewno wierzyłem w istnienie świętego Mikołaja dłużej niż wszyscy. Kiedy już klasowi "mężczyźni" brali się za gry komputerowe, ja wciąż miałem kolekcję superbohaterów z Marvela na specjalnej półce w pokoju. Psychicznie wolniej dorastałem, potem jak już zaczęli naprawdę mnie gnębić, nie tylko unikać, ten mój dziecięcy świat został bardzo szybko zrównany z ziemią. Wyobraźcie sobie minę bobasa, któremu wytrącacie z ręki klocki i dajecie kluczyki od auta.
Znaczy... pewnie zaczął by je gryźć...
Ale wiecie o czym mówię... prawda?
  Więc, jakie jest kurde prawdopodobieństwo, że nagle znajdę znajomych? Od tak? "Cześć jestem Hiroki, jestem albinosem, więc nie wyjdę na upalne słońce, szczególnie w lato, dodatkowo nie mogę jeść glutenu i kilku tam składników, przez co wyglądam jak modelka z Vouge, więc na żarcie też nie pójdziemy. Będziesz moim przyjacielem, a ja zrobię ci bezglutenowe kanapki i pouczymy się matmy, bo to jedyna rzecz, w której jestem dobry".
Więc kto się skusi?
Śmieszy mnie to jak mama, stara się zmienić całą sytuację jej wiecznie pozytywnym nastawieniem. Tak, jakby nie wiedziała, że starego psa nowych sztuczek nie można nauczyć.
Dopiłem herbatę i zacząłem bawić się fusami zalegającymi w filiżance. Moje marnowanie czasu przerwał jazgot dwóch dziewczyn, które widocznie niesamowicie rozbawione wpadły przez drzwi kawiarni. Jedna z nich cały czas wskazywała palcem na różne elementy wystroju. Druga, szła za nią, i mimo rąk w kieszeni i bardzo szerokiego uśmiechu, wyglądała dość dystyngowanie. W porównaniu do kobitki obok, która jak mniemam, była jej siostrą, bardzo dystyngowanie. W pewnym momencie, ta bardziej roztrzepana wskazała swoim szpiczastym, ciemno zielonym paznokciem na mnie, jak na kolejny element wystroju.
    - Fumii! - zaświergotała, w zastraszającym tempie zbliżając się do mnie. - Choć tu leniwa dupo i popatrz! Jaki on jest śliczny! - usiadła na jednym z wolnych krzeseł.
    - Mogłabyś się opanować. To nie szczeniak z zoologicznego. - czy ja wyglądam na szczeniaka? Znaczy labrador ze mnie raczej marny, ale żeby od razu szczeniak? Co się tutaj w ogóle wyprawiało?! Więcej dziwnych sytuacji miało mnie dzisiaj spotkać? - Wiem, że moja siostra zdążyła już to zrobić, ale możemy się przysiąść? - zapytała odsuwając krzesło, pozostawiając mnie w sytuacji, w której nie wypadało odmówić. Chyba. Mam prawo troszczyć się o swoje bezpieczeństwo... co nie? Żeby tylko ta trzpiotka nie wyleciała zaraz z teskstem o adopcji...
    - Właściwie planowałem wyjść. - powiedziałem mając wielką nadzieję, że uda mi się uniknąć dalszej rozmowy.  Przy czym spotkałem się z bardzo niezadowolonym wzrokiem obu dziewczyn.
    - Dodatkowe pięć minut cię nie zabije, a nam poprawi humor - powiedziała ta rozświergotana. - Ja jestem Kumi, to Fumi. Ty jesteś Hiroki, tak? Nowy sąsiad Semeia?
    - Słucham? - przepraszam, czy mnie zna już cała okolica? Ten dupek jest szybszy niż wszystkie media razem wzięte.
    - Trochę się o tobie nasłuchałyśmy, wiesz? - powiedziała ta bardziej zrównoważona psychicznie 
    - Serio jesteś blady... - usłyszałem niezbyt taktowny komentarz od Kumi.
    - Ta, to chyba mój znak rozpoznawczy... Czyli już wiecie o uczuleniach i o tym, że jestem albinosem, tak? - bardziej stwierdziłem niż zapytałem.
    - Jesteś? - wytrzeszczyły oczy.
    - Nie mówił wam? Cholera. - naplułem sobie w brodę. Przy tych dwóch postrzelonych laskach chyba i tak wypadałem na dość normalnego.
    - Mówił tylko o tym, że jesteś niski... I że ciapowaty... - Kumi zaczęła powoli wyliczać. - ... Na tyle ciapowaty, że utopiłbyś się w kałuży...  i że prawdopodobnie nas zaboli, jak zobaczymy twoje ciuchy. Chociaż nie wiem o co mu z tym chodziło...
    - Pewnie o te "worki", które noszę na sobie. - nie lubiłem tego określenia, ale nawet moja mama go używała... co bywało mega irytujące. - Sam nie wygląda zresztą lepiej.
    - Wiesz ile on na to wydaje? - druga dziewczyna zmarszczyła brwi. - Chyba tylko on coś o tobie wie.
    - Nie mieliśmy szansy... pogadać. - zacząłem znów bawić się fusami w filiżance. Dopiero teraz zauważyłem, w jak bardzo niesprawiedliwej byłem sytuacji.
    - To... co chcesz o nim wiedzieć? - dziewczyna pochyliła się w moją stronę. Skąd ta konkluzja, że chcę cokolwiek o nim wiedzieć...? Phi! - Ja jedynie chciałbym się budzić rano bez myśli że do domu wpierdoli mi Pan Rozjebka...



_______________________________



"Z pozoru taki spokojny człowiek. Chociaż...w oczach Semei'a widzę mord... Nonszalancki dupek. A i tak wszystkie go kochamy." - Edytorka





5 komentarzy:

  1. O rany, tyle czekałam na ten rozdział! Jak dla mnie za krótki (tak, za krótki ;-;). Semei jest taki.. ahhh <3 Hiroki coraz bardziej mi się podoba. Tylko dlaczego musiałaś tak zakończyć??? Jestem strasznie ciekawa co będzie dalej, co się dowie o Semeiu. Pozostało tylko czekać, mam nadzieję że krócej niż na ten xd Weny! Opowiadanie idealnie ;3

    OdpowiedzUsuń
  2. Marvel ? o jeju, kupiłaś mnie tym <3
    Według mnie, najczarniejszym charakterem tu, jest matka Hirokiego. Jak ta kobieta denerwuuuuje. Ciekawa jestem jak rozmowa się dalej potoczy!
    Oby kolejny rozdział był szybciej :3 <3 Weny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, nastawienie mamy Hirokiego to (w porównaniu do całego pomysłu) mały pyłek kurzu na świeżo umytych meblach. Wkurza ale po dłuższym czasie nie robi różnicy...

      Usuń
    2. Rozumiem. W takim razie czekam na resztę konceptu :3

      Usuń
  3. Przepraszam za spóźniony komentarz!
    Rozdział świetny i coraz bardziej intryguje mnie Semei. Co ukrywa? Jakie fajki pali?
    Kumi i Fumi zapowiadają się ciekawie :3
    Czekam na więcej~

    OdpowiedzUsuń