OKEJ, WIEM. SORRY.
To tylko pół roku, co nie?
Mishi (edytorka) : Tli się we mnie nadzieja, że będzie kiedyś taka notka, w której nie będzie potrzebny ten dopisek.
___________________________________
Naprawdę rzadko jestem gdzieś na czas. Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się być gdzieś przed umówioną godziną. Przeważnie jak już się wyrabiam w czasie, to na styk.
Tak samo dziś, w genialny sposób lewo przyszedłem na rozpoczęcie roku szkolnego, wcześniej spóźniając się na wypchany ludźmi autobus, potem wsiadając do innego, w którym, mimo tego że był poranek, i tak było niesamowicie gorąco. I capiąco. Bardzo.
Następnie, zgubiłem się w szkole, która, jak się okazało była spora, by następnie stać jak słup soli na trwającym około godzinę apelu, gdzieś między ludźmi, których kompletnie nie znałem. Pewnie byli też ode mnie starsi. To nie tak, że ja wyglądam na młodszego od każdego licealisty. Później było tylko gorzej, bo musiałem odnaleźć moją klasę, by zdążyć na zbiórkę odprawianą przez wychowawcę. Do tego, by w ogóle widzieć na jakie piętro mam iść, musiałem zagadać do kilku sekretarek. To było coś w stylu:
"Dzień dobry, nazwisko Masume, 17 lat, szukam mojej klasy"
"Są w gabinecie C-2", a następnie "Gdzie znajduje się gabinet...", "na piętrze... skręcasz...".
Szkoła ma trzy piętra oraz jedno podziemne, nie wiadomo po co, każdy rocznik systemowo należał do danego piętra. Innymi słowy nic do czego byłem przyzwyczajony. W mojej szkole było inaczej. W mojej starej szkole była rozpiska, kto do jakiej klasy należy i do jakiego gabinetu ma się udać, tu poskąpili pieniędzy na tusz, myśląc, że każdy nowy ma czas, by pytać o wszystko w recepcji. Nie wydaje mi się, żeby szkoły w starej stolicy Japonii mogły mieć tak niski budżet, by nie móc sobie pozwolić na dwie kartki formatu A4 z kilkoma informacjami. Być może to kwestia niekompetencji dyrekcji. Już widzę to niekończące składanie się na papier do ksero.
Liceum było brzydkie. Jak już mówiłem, nad przeciętnie duże, ze względnie zadbanym szkolnym patio, zimnymi, starymi, lekko obdartymi z farby ścianami, hojnie ozdobionymi dyplomami oraz tablicami ze zdjęciami absolwentów, równie niezachęcającym linoleum na podłodze i oknami które tak samo jak sekretarki, już dawno powinny przejść na zasłużoną emeryturę. Do sali gimnastycznej nie zaglądałem, ale spodziewam się śmierdzących szatni z nieużywanymi od dekady prysznicami i gniazda os pod sufitem.
Doczłapałem na moje piętro, zlokalizowałem gabinet. Nauczyciel wszedł zaraz po mnie, co i tak nie zatrzymało fali zdziwienia, że taki ktoś mojego wzrostu i postury chodzi do liceum.
Mój nowy wychowawca, łysiejący mężczyzna urodzony w garniaku, skończył szybko, ale nie na tyle szybko, żeby zaoszczędzić mi spotkania z resztą uczniów z innych klas mojego rocznika. Następnie klas starszego rocznika, schodzących z trzeciego piętra. Na korytarzach zaczęło robić się tłoczno i głośno. Masy ludzi zlewając się z sobą, przekrzykiwali się nawzajem, chcąc przywitać się z swoimi starszymi i młodszymi znajomymi. Ubrani w te same, dwukolorowe mundurki, powoli zbierali się w mniejsze lub większe grupki blokując mi dostęp do schodów. Jedna z nich szczególnie się wyróżniała. Cztery osoby, z czego jedna ostentacyjnie opierająca się o ścianę. Chwilę po tym jak ich zauważyłem, dołączyły do nich dwie inne osoby, które poznałem po wizycie u krawcowej.
- Jesteś Hiroki? Nowy sąsiad Semeia? - Zapytała drobna kobieta z zamiłowaniem do modnych odcieni gówna, którą widziałem, kiedy wraz ze swym przydupasem wychodziła z domu Semeia. Jak słowo daję, kobiety NIGDZIE nie chodzą same.
Zmarszczyłem brwi. Boże, jakoś sobie nie przypominam, żeby rodząc się podpisywałem umowę na bycie rozpoznawanym za względu na posiadanie chorego psychicznie, sadystycznego, sąsiada. Ludziom udaje się to dopiero po tym, jak zostają przez taką osobę zamordowani. Być może to, w pewnym sensie, moja wspaniała umiejętność, by przyciągać ludzi, którzy mogą dać mi taką sławę.
Słysząc pytanie, przytaknąłem. Tym samym miałem ochotę zakończyć rozmowę, odchodząc, ale zaraz zalała mnie setką pytań ze strony tej pary. "Spotkaliście się już? Co Ci powiedział? Zrobił ci coś?", po czym zauważając radośnie gojącą się rankę na policzku: "Co za debil. Nie przejmuj się nim. On tak ma". Następnie przeszło do: "musimy pogadać" idącym w parze z "odprowadzimy cię".
Nie muszę chyba mówić, że nic z tego co powiedzieli mi nie pomogło. Tak jakby jakikolwiek rodzaj
czczego gadania miałby jakkolwiek, komukolwiek, w jakikolwiek sposób pomóc. Na takich sprawach znają się jedynie ludzie sukcesu, posiadający własny gabinecik w mało eleganckiej dzielnicy, biorący za wizytę ponad pięć tysięcy jenów.
W drodze do domu zaproponowali mi jedzenie, na które miałem uczulenie. W żadnym stopniu nie musiałem im tego za złe, ale musiałem tłumaczyć prymus unikania tych "pyszności", przez moje uczulenia.
- W takim razie tylko usiądziemy. - Powiedział wysoki facet, który przedstawił mi się jako Yooji, idąc w stronę ławki. Nie żebym miał życie czy coś, oczywiście że mogę ględzić o największym chuju jakiego udało mi się spotkać w życiu. Pogawędki o niebezpiecznych przystojniakach z sąsiedztwa to przecież moje codzienne zajęcie!
- Pewnie sporo już słyszałeś od Kumi i Fumi. - W tym momencie uderza we mnie to, że znają te dwie dziewuchy, przy których zmarnowałem cenne godziny mojego życia, słuchając o "całkiem seksownych" tatuażach i zawartości szuflad mojego nowego kolegi. I tak bardzo nie chciałem, by to się powtórzyło. Przytaknąłem niechętnie. - Po prostu, trzymaj się od niego z daleka. - Podniosłem wzrok. Jakim cudem udało mi się spotkać osobę, która nie ma zamiaru uraczyć mnie opowieścią o tatuowaniu sobie półnagiej baby na ciele? - Wiem że jest to ciężkie, ze względu na to, że dzieli was tylko ściana z pustaków, ale będzie lepiej jak się postarasz.
Objąłem ramionami kolana.Słysząc pytanie, przytaknąłem. Tym samym miałem ochotę zakończyć rozmowę, odchodząc, ale zaraz zalała mnie setką pytań ze strony tej pary. "Spotkaliście się już? Co Ci powiedział? Zrobił ci coś?", po czym zauważając radośnie gojącą się rankę na policzku: "Co za debil. Nie przejmuj się nim. On tak ma". Następnie przeszło do: "musimy pogadać" idącym w parze z "odprowadzimy cię".
Nie muszę chyba mówić, że nic z tego co powiedzieli mi nie pomogło. Tak jakby jakikolwiek rodzaj
czczego gadania miałby jakkolwiek, komukolwiek, w jakikolwiek sposób pomóc. Na takich sprawach znają się jedynie ludzie sukcesu, posiadający własny gabinecik w mało eleganckiej dzielnicy, biorący za wizytę ponad pięć tysięcy jenów.
W drodze do domu zaproponowali mi jedzenie, na które miałem uczulenie. W żadnym stopniu nie musiałem im tego za złe, ale musiałem tłumaczyć prymus unikania tych "pyszności", przez moje uczulenia.
- W takim razie tylko usiądziemy. - Powiedział wysoki facet, który przedstawił mi się jako Yooji, idąc w stronę ławki. Nie żebym miał życie czy coś, oczywiście że mogę ględzić o największym chuju jakiego udało mi się spotkać w życiu. Pogawędki o niebezpiecznych przystojniakach z sąsiedztwa to przecież moje codzienne zajęcie!
- Pewnie sporo już słyszałeś od Kumi i Fumi. - W tym momencie uderza we mnie to, że znają te dwie dziewuchy, przy których zmarnowałem cenne godziny mojego życia, słuchając o "całkiem seksownych" tatuażach i zawartości szuflad mojego nowego kolegi. I tak bardzo nie chciałem, by to się powtórzyło. Przytaknąłem niechętnie. - Po prostu, trzymaj się od niego z daleka. - Podniosłem wzrok. Jakim cudem udało mi się spotkać osobę, która nie ma zamiaru uraczyć mnie opowieścią o tatuowaniu sobie półnagiej baby na ciele? - Wiem że jest to ciężkie, ze względu na to, że dzieli was tylko ściana z pustaków, ale będzie lepiej jak się postarasz.
- Doceniam wasze zagranie na miłosiernego samarytanina i tak dalej, ale dziś wyjątkowo nie szukam bohaterów. - Powiedziałem pod nosem. Chciałem wstać i sobie pójść. Ale tym samym nie chciałem wyjść na gbura. Widzicie, jestem całkiem dobrym człowiekiem, nie? - Ten tego...
- Hiroki - Powiedziała dziewczyna. - To nie tak, że Semei ma jakieś nieprzeciętne problemy psychiczne. Znaczy, na pewno jest porywczy, więc jak coś go wkurzy, to działa na automacie. - wyraźnie się zaplątała w tym, co chciała mi powiedzieć. Dodatkowo było to zupełnie różne od tego. co powiedział jej partner jakieś parę sekund wcześniej. Oraz od tego, co do tego czasu udało mi się doświadczyć?
W każdym razie, jeśli ktokolwiek w jakikolwiek sposób jest w stanie utrzymywać, że Semei, z wiecznie cholernie niepokojącą miną, lub ogólnie gębą, specyficznym stylem ubioru, ale kto tak naprawdę zawraca na to uwagę, może być osobą, która nie jest w żaden sposób kimś przebrzydłym i zastraszającym... To co jest z tym kimś nie tak? Serio, dziwię się, że jego młodsza siostra jeszcze nie uciekła z domu. Widzieć to coś rana, jeju.
Albo w nocy, w swoim pokoju, w ciemności.
Ych.
- Chyba wpadłeś mu w oko... Dlatego staraj się go unikać.
Starałem się przejść niezauważony, ale skutecznie utrudniał mi to przymus przepychania się między innymi. Marzyłem by zamienić się w ninję i niezauważalnie ześlizgnąć się po poręczy schodów, ale jestem pewien, że nawet gdybym spróbował, zrobiłbym o wiele większe widowisko. Pomińmy te triki z Ameryki... Postanowiłem nie patrzeć się w jego stronę i, broń mnie Boże, nie kurczyć się jeszcze bardziej. Już i tak wyglądałem jak mini elf wśród tych wszystkich uczniów. Było parę osób podobnego wzrostu, dokładnie dziewczyn, ale większość... Cóż, nie ukrywajmy, w tym jednym na pewno mnie przerastali.
Ruszyłem przed siebie, nie mówiąc nic do ludzi, przepychałem się po prostu między nimi, tak by trzymać się na dystans od tej określonej grupy osób. Miałem przeświadczenie, że jeśli odezwę się chociaż raz, to może mnie usłyszeć, pomimo kilkudziesięciu decybeli cholernego hałasu.
Gdy już się wydawało, że moja wyimaginowana peleryna niewidka się sprawdza, nagle poczułem czarną aurę zmierzającą w moją stronę. Jak to wyczułem? Nie pytajcie, to nie tak, że jego Calvin Klein śmierdzi na kilometr. Chyba czymś musiał zamaskować zapach papierosów. Stał teraz przede mną ze wzrokiem wściekłego dobermana, jednocześnie wyglądając na całkiem rozbawionego sytuacją. Nie mam pojęcia, jak on to robił. Na pewno nie chciałbym teraz widzieć swojej miny.
Odwróciłem wzrok, z nadzieją że peleryna zadziała po raz drugi i zbiegłem ze schodów. Teraz nie było już nawet sensu by się skradać.
Na dworze wiało. Okropnie. Miałem nadzieje, że jeśli ten wiatr miałby przynieść za sobą deszcz, który nawiasem mówiąc byłby czymś dobrym po dość upalnym poranku, to mam nadzieję, że uda mi się dotrzeć przynajmniej do autobusu. Dotarłem do zatłoczonego przystanku. Kilka dziewczyn narzekało na to, jak pogoda zniszczyła im starannie ułożone włosy. Uciszyły się dopiero w momencie, gdy przez chwilę słychać było ryk silnika. Lub po prostu zagłuszył je huk.
Motor zaparkował tuż przed przystankiem.
Debil oczywiście musiał zrobić przedstawienie. Zdjął kask zaczesując włosy do tyłu - dupa, chwilę potem rozwiał je wiatr - i spojrzał na mnie swoim władczym wzrokiem. Podał mi drugi kask, w niemym geście, że mam wsiąść. Skrzyżowałem ręce na piersi dając mu znać, że nie mam zamiaru siadać z nim na to... coś.
- Zbiera się na burzę, a ja słyszałem, że się jej boisz. - Parsknął, dalej trzymając wyciągniętą rękę.- Wsiadaj.
Spojrzałem na wszystkie osoby przyglądające się tej scence. Miałem do wyboru albo wsiąść na maszynę zagłady, albo stać z ludźmi, którzy już teraz patrzyli się na mnie jak na idiotę.
A potem wziąłem od niego czerwono-czarny kask. W filmach widziałem, że siada się za kierowcą, więc tak zrobiłem.
Widziałem też że obejmuje się go w pasie, ale tego nie miałem zamiaru nawet próbować. Zamiast tego pokrętnie złapałem się siedzenia, tak by nie upaść.
Dojechał na naszą ulice w jakieś piętnaście minut. I miał racje, przyszła burza. Właściwie zaraz po tym, jak dojechaliśmy usłyszałem pierwszy grzmot, poprzedzający deszcz.
Szybko pokonałem odległość dzielącą mnie od drzwi mojego domu. Wyjąłem moje klucze, do których miałem przypięte różne bryloczki, które teraz tworzyły wielki pęk. Dzięki temu udawało mi się szybko to znaleźć w torbie.
- Po co ci tyle tego? - Usłyszałem śmiech Semeia.
- Po co ty... - Spojrzałem na niego. Stał za mną. Chyba mu się domy pomyliły. Albo...
Spojrzałem na numer na drzwiach i był to ten sam, który widziałem dziś rano, jak wychodziłem czy wczoraj, gdy wracałem od krawcowej.
- Tym razem nie mam zamiaru znowu iść do twojej sypialni. Muszę coś przekazać twojej mamie. - Parsknął, najwidoczniej wierząc że o tym pomyślałem. Dupa, ja tylko bałem się, że pomyliłem domy! Świat nie kręci się tylko wokół twojej osoby! Ba, nawet nie pomyślałbym o tym, by wszedł do mojego pokoju.
Wpuściłem go przed sobą. W razie czego... Już naprawdę nie wiedziałem co może mu strzelić do głowy.
- Co to za szczur? - Zapytał. Na jednym z ostatnich stopni schodów siedział mój kot.
Ten mały buras, którego ktoś porzucił. Chyba ten sam, który się mnie przestraszył i wyskoczył z pudełka, kiedy szedłem na przymiarkę. Teraz był równie przestraszony, pewnie bał się burzy. Jego ogon podrygiwał nerwowo, a futro najeżyło się tak mocno że wyglądał jak szczotka do kibla. Nie podchodził jeszcze do mnie, mimo tego, że od kiedy tu jest spędza większość czasu tam gdzie ja, a potem śledził mnie przez cały czas.
- Sam jesteś szczur. Znalazłem go wczoraj. - Brawo Hiroki, poleciałeś po bandzie, zaraz pewnie się popłacze... - Nie krzyw się, to tylko kot. Mamy nie ma, więc połóż to, co dla niej masz w kuchni. - Starałem się brzmieć możliwie najbardziej swobodnie i pewnie.
Niestety, już sam fakt że znajdował się w moim domu napawał mnie sporym niepokojem, nie mówiąc już o tym, że pewnie gdzieś w kieszeni trzymał swój bardzo nielubiany przeze mnie brylok.
- Macie w lodówce jakieś piwo?
- Jasne. Może od razu włączyć ci jakiś mecz na telewizorze? Zamierzasz się tu tak zadomowić?
- Zamierzałem wypić coś zimnego. Kto cię nauczył przyjmować gości o suchym pysku?
- Rzadko kiedy mam jakichś gości. - odpowiedziałem szczerze i zaraz potem ugryzłem się w język. Może od razu wypłaczę mu się na ramieniu i poopowiadam o życiu w poprzedniej szkole?
- I dlatego trzymasz w domu szkodniki? Żebyś nie czuł się samotny? - spojrzał z obrzydzeniem na kota, który właśnie się mył.
- Jesteś tu jedynym szkodnikiem w tym momencie. Dziwne, że ciebie rodzicie nie trzymają na dworze. - podświadomie zrobiłem jeden krok w tył. Skąd nagle we mnie tylko odwagi, żeby mu się odgryzać? Waleczny Hiroki broni swojego kota.
Zaśmiał się. Nie wiem tylko czy ten śmiech oznaczał , że rozbawiło go to, co powiedziałem, czy jednak nie.
- Chyba się do mnie przyzwyczajasz, co? - podszedł dwa kroki bliżej. - Mam ci powiedzieć... czy to dobrze, czy może jednak źle? - próbowałem przełknąć ogromną gulę w gardle. Zrobił kolejny krok bliżej, a ja cofając się natrafiłem na ścianę. - Dobrze mnie widzisz przez te klapki na oczach? Po co w ogóle to nosisz? - stałem jak słup soli, mój mózg bardzo powoli przetwarzał teraz jego słowa, dopiero po chwili zorientowałem się, że chodzi o moje soczewki. Odpowiedź na jego pytanie była tak żałosna i prosta, że ją sobie darowałem. - Włosy też masz farbowane, co? - spojrzał bez problemu na czubek mojej głowy, gdzie pewnie dostrzegł małe odrosty, które sam widziałem rano. - Beznadzieja. Umówić cię z moją mamą do kosmetyczki? Dobrze, że chociaż samoopalacz sobie darowałeś. - jego wzrok lustrujący mnie od góry do dołu był przytłaczający, nie umiałem się ruszyć nawet o milimetr, nie wiem nawet, czego się w tej chwili bałem. Schował ręce do kieszeni, a ja podniosłem wzrok z nadzieją, że skończył już mnie analizować. Usłyszałem brzęk kluczy i na plecach poczułem dreszcz. Zobaczyłem puszysty ogon plątający się przy nogach Semeia. Koty chyba nie potrafiły wyczuwać aż tak dobrze zagrożenia albo ten lubił mnie bardziej, niż by się wydawało, skoro teraz odwraca uwagę czarnowłosego. Dziwna chwila ciszy, zakłócana mruczeniem kota, została przerwana, gdy moja mama weszła do domu obładowana zakupami.
Zwierzak od razu podbiegł do kobiety, najwyraźniej licząc że dostanie coś nowego do jedzenia. Coś innego niż, już i tak droga karma, którą dostaje.
Sam skorzystałam z okazji i jak najszybciej poszedłem do kuchni.
- Cześć mamo - podszedłem do, prawdopodobnie, mojej ostatniej deski ratunku.
- O, cześć Semei! - Moja prawdopodobnie ostatnia deska ratunku właśnie mnie zignorowała. - Coś się stało? Masz do załatwienia jakąś sprawę? - Przyrzekam. Gdyby ta kobieta mogła, już dawno by go zaadoptowała.
- Właściwe to tak - uśmiechnął się do niej, w bardzo, bardzo dziwny sposób. Podszedł bliżej blatu i wziął do ręki podręcznik do angielskiego, który zostawiłem na nim rano. Dlaczego ja go w ogóle tak zostawiłem? Dlaczego ja go znosiłem na dół? - A skoro tu pani jest, to może pomoglaby mi go przekonać. Hiroki raczej za mną nie przepada. - Ooo, i to jeszcze jak. Może byłoby inaczej, gdybyś nie był istnym zatruwaczem mojego życia i gdybyś w czasie każdego swojego pobytu w moim, pożal się Boże, nowym domu, nie załatwiał mi kazania od mamy. - Słyszałem, że Hiroki bardzo dobrze się uczy - byłbym w stanie przysiąc że to wyglądało jak jakaś egzotyczna odmiana flirtu. Czy ta kobieta naprawdę nie widzi, że ten facet wykorzystuje jej naiwność? No tak, jak mogła widzieć, skoro łyka wszystko co jej się poda... - W zeszłym roku miałem małe problemy z angielskim i muszę nadrobić trochę materiału
I tu Semei spogląda na mnie. I już wiem, każda komórka mojego ciała idealnie zdaje sobie sprawę z tego, dlaczego odwala całą tę szkopkę. Choć może jednak się mylę...
- Pomyślałem, że Hiroki mógłby mi w tym pomóc.
- To chyba nie będzie problem. - Nigdy. W życiu. Kurwa. Nie. Kobieto naiwna, przecież ja nawet nie umiem dobrze angielskiego! Przecież ja mam z niego najgorsze wyniki! Ba, powinnaś to wiedzieć, bo razem z tatą codziennie sprawdzają wszelkie wiadomości ze szkoły. Moja mama oczywiście dała się całkowicie pochłonąć pomysłowi, żeby ten cieć mógł spędzać tu więcej czasu.
"Chyba wpadłeś mu w oko". Ale chyba nie w takim sensie, co? Nie to, że nagle mamy być "psiapsi"? Albo coś więcej...
O BOŻE
Fuj, fuj. FUJ!
Jeśli to miała oznaczać ta przejażdżka motorem, to podziękuję. Serio, cofnę się w czasie i posiedzę 15 minut w burzy. Najgorszy koszmar nie pobije tego, co właśnie przewinęło mi się przez myśli.
Spojrzałem na niego, on patrzył na mamę. Mama raz na niego, raz na zakupy. Nikt nie patrzył na mnie.
~*~
Mógłbym przysiąc że prawie się zlałem ze śmiechu widząc go na korytarzu. Nie ważne co mówił do mnie Yooji, nie ważne, że przywitały się ze mną Kumi i Fumi, jedna z nich wciąż obrażona po ostatnim. Hiroki przedzierający się przez bandy licealistów drących się na cały korytarz, zerkający w stronę naszej grupki i cudem unikający uderzenia przez jedną z nadmiernie gestykulujących dziewczyn, cała ta scenka była po prostu przeurocza.
Zaraz po tym pożegnałem się ze znajomymi i poszedłem za nim. Miało padać i nie wiem czy on zdawał sobie z tego sprawę. Szedł w stronę szkolnego przystanku. Zero potknięć, chowania się i zerkania za siebie, by sprawdzić czy nic mu nie grozi. Bo oczywiście jedyne o czym marzę, to zrobić mu krzywdę.
Zlokalizowałem motor, modląc się by w czasie drogi nie zaczęło padać. Nie miałem odpowiednich ubrań, dodatkowo jazda w czasie deszczu, w godzinach gdy na ulicach roiło się od ludzi wracających ze szkół i pracy, była dość niebezpieczna. Zaś gdyby wziąć auto, groziłby mi przymusowy postój w korkach.
Założyłem kask. Niebo zaczynało się ściemniać, mimo, że mój telefon mówił tylko o opadach. Chwila namysłu i skierowałem auto w stronę bramy, którą wychodziło się w celu pójścia na przystanek. Szkoda tylko, że nie była to brama wyjazdowa, ale nikt nią w tym momencie nie przechodził. Chwilę po tym, byłem na przystanku.
Hiroki nie był uradowany moją szczodrością i empatią. Stał wśród szepczących między sobą dziewczyn z zaciętą miną. Przysięgam, że pierwszy raz widziałem taki wyraz twarzy. Ten mały ma bardzo ekspresyjne oczy, wiecie? Można by tylko spojrzeć na jego oczy i wiadomo już, co przeżywa. Smutek, zaskoczenie, złość, zaciekawienie, strach - jednym słowem, wszystkie emocje.
Podałem mu drugi kask. Ten skrzyżował ręce na piersi. No pięknie. Czyli ja mu oferuję pomoc, a ten chce odwalać sceny? Zmierzyłem go wzrokiem. On też nie był odpowiednio ubrany na dzisiejszą pogodę.
- Zaraz ma być burza - powiedziałem, tak właściwie chcąc się upewnić że na pewno nie wsiądzie. Jego oczy się odrobinkę powiększyły, ale zaraz powrócił do pseudo obojętnego wyrazu twarzy. - Słyszałem, że się jej boisz. - Dodałem.
Ku mojemu zdziwieniu, to zadziałało. Wziął ode mnie kask i pokracznie wsiadł na maszynę, starając się o mnie nie otrzeć. Złapał za siodełko.
Jechałem normalnie, przepisową prędkością, wyprzedzając niektóre bardziej wlekące się auta. Mimo to, cały czas sprawdzałem czy nie spadł. Na przedmieścia Kioto dotarliśmy dość szybko. Nie tak szybko, jak zwykle tam dojeżdżam, ale szybko.
- Możesz już zejść.- Powiedziałem ściągając kask. Odebrałem drugi od niego i wziąłem się za odpinanie torby.
Nie odpowiedział nic. Zero dziękuję, dzięki, nic. Zmieniłem zamiary i ruszyłem za nim, zanim zdążyłem zdecydować, co tak naprawdę chcę zrobić.
Zobaczyłem jak wyciąga chyba z pół kilo żelastwa przyczepionego do dwóch kluczy.
- Po co ci tyle tego? - Zapytałem, a ten podskoczył. Niewiarygodnie, że nie słyszał jak za nim idę. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, o ilu niepotrzebnych rzeczach rozmyśla ta mała głowa.
- Po co ty...
- Tym razem nie mam zamiaru znowu iść do twojej sypialni. Muszę coś przekazać twojej mamie. - Pomysły na gorąco mają swoje dobre i złe chwile. Nic dla niej właściwie nie mam. Nawet nie pamiętam jej imienia.
Weszliśmy do domu. Na schodach siedział mały, napuszony buras.
- Co to za szczur? - Zapytałem.
- Sam jesteś szczur. Znalazłem go wczoraj. Nie krzyw się, to tylko kot. Mamy nie ma, więc połóż to, co dla niej masz w kuchni.
W kuchni...
- Macie w lodówce jakieś piwo? - zapytałem kładąc torbę, obok schodów, tym samym strasząc kota.
- Jasne. Może od razu włączyć ci jakiś mecz na telewizorze? Zamierzasz się tu tak zadomowić? - odkrzyknął z innego pokoju.
- Zamierzałem wypić coś zimnego. Kto cię nauczył przyjmować gości o suchym pysku?
- Rzadko kiedy mam jakichś gości.
- I dlatego trzymasz w domu szkodniki? Żebyś nie czuł się samotny?
- Jesteś tu jedynym szkodnikiem w tym momencie. Dziwnie, że ciebie rodzicie nie trzymają na dworze. - To brzmiało zabawnie. Chyba nawet nie miał świadomości jak idiotycznie brzmi.
- Chyba się do mnie przyzwyczajasz, co? - podszedłem bliżej. - Mam ci powiedzieć... czy to dobrze, czy może jednak źle? - Znów te oczy. Teraz były ciekawe. Może trochę przestraszone, ale głównie ciekawe. Tylko te soczewki. - Dobrze mnie widzisz przez te klapki na oczach? Po co w ogóle to nosisz? - Spytałem. Pamiętam sytuacje z zeszłego dnia i jego jasne źrenice. - Włosy też masz farbowane, co? Beznadzieja. Umówić cię z moją mamą do kosmetyczki? Dobrze, że chociaż samoopalacz sobie darowałeś. - Rozumiem kwestię kompleksów i innych. Mały nie wyglądał na kogoś kto lubi się rzucać w oczy, ale całe to ukrywanie albinizmu... Bardziej przerażająca była ta jego chudość. Powinien raczej starać się jeść więcej, niż farbować włosy.
Odsunąłem się od niego i schowałem ręce do kieszeni. Poczułem jak jego kot ociera się o moje nogi.
Cały czas miał lekko najeżone futro. Popatrzył na mnie, wydał jakieś dziwny dźwięk, niby miauknięcie, nagle się wzdrygnął i uciekł w stronę drzwi.
Mama Hirokiego właśnie wróciła do domu, było słychać szczęk kluczy i otwieranie drzwi.
- Cześć mamo! - Krzyknął mały, właściwie biegnąć w stronę, w którą przed chwilą udał się jego pupil. Poszedłem za nim. Skinąłem głową jego matce.
- O, cześć Semei! Coś się stało? Masz do załatwienia jakąś sprawę? - Zaczęła się uśmiechać w przesadnie ciepły sposób.
- Właściwe to tak - Podszedłem do blatu biorąc do ręki podręcznik - A skoro tu pani jest, to może pomogłaby mi go przekonać. Hiroki raczej za mną nie przepada. - Zerknąłem na niego - Słyszałem, że Hiroki bardzo dobrze się uczy. W zeszłym roku miałem małe problemy z angielskim i muszę nadrobić trochę materiału...
Następnego dnia, rano, czekałem na niego przed bramą. Cała szkoła zaczynała zajęcia o dziewiątej, wpadłem na genialny pomysł zacieśnienia naszych przyjacielskich więzi w czasie wspólnej drogi do szkoły. Szczególnie, że wczoraj nie wydawał się mocno spanikowany w czasie powrotu motorem.
Tak więc, czekałem, kurwa mać, czterdzieści minut, by ten mógł mnie wyminąć i pójść na przystanek.
Do szkoły dojechałem sam, o wiele za późno. W szatni roiło się od ludzi przychodzących na styk, starających się zmienić obuwie, nie taranując tym samym innych uczniów.
Moja szafeczka z trampkami była na samym dole, a w jednym słupku znajdowało się ich sześć. Dodatkowo szafki były stawiane w rzędowo, naprzeciw siebie, co powodowało niesamowity ścisk.
Chciałem się jak najszybciej dopchać, żeby zdążyć do klasy i usiąść na moim miejscu. Nie miałem ochoty na wykłócanie się o ławkę, a tym bardziej na siedzenie w innym miejscu w klasie.
W momencie wstawania od szafki potrąciłem kogoś torbą zarzucając ją na ramię.
Dziewczęcy głos. Super.
Odwróciłem się, żeby niczym prawdziwy dżentelmen, którym oczywiście jestem, przeprosić. Osoba stojąca przede mną, wyglądała zupełnie NIE jak dziewczyna. Nawet Hirokiego nie posądziłbym o taką skalę głosu, a już w szczególności nie faceta mojego wzrostu, który teraz stał twarzą do mnie.
- Uważaj co robisz, co Tsuyooki?
- Może nie zachodź ludzi od tyłu, skoro widzisz że jest ścisk. - Odpowiedziałem brunetowi w wykrochmalonym mundurku.
- To nie byłem ja, tylko moja dziewczyna - wskazał na dziunię z farbowanymi włosami, teraz stojącą za nim i wpatrującą się we mnie, jak w zwierciadło. Mogę przysiąc, że ten związek nie przetrwa tak długo, jak brunet by się spodziewał.
- Gratuluję. Jeśli jest głucha, to jej to powtórz. - poprawiłem torbę na ramieniu. - Przepuść mnie, stoisz mi na drodze. - Popatrzyłem na niego oczekująco.
- Co kurwa? - warknął na mnie.
- Ciekawie się wyrażasz przy swojej kobiecie. - Starałem się przejść. Na tym etapie, byłem pewien, że moje miejsce jest już zajęte. Chwyciłem go za ramię i przesunąłem z drogi. Ten szybko odtrącił moją rękę.
- Taki pedał jak ty nie powinien zachowywać się tak kurewsko zarozumiale. - Krzyknął do mnie. Odwróciłem się i spojrzałem na jego zarumienioną z nerwów twarz. Miał zaciśniętą szczękę. Taki nastroszony kogut z obciętymi jajami...
Spojrzałem w dół i złapałem go za krocze, potem mocno ścisnąłem. Usłyszałem jak wciąga powietrze i wydaje cichy, o wiele wyższy od poprzednich, dźwięk.
- Przestań narzekać, co? Niby co tak świetnego jest w byciu hetero?
Po czym rozluźniłem uścisk i poszedłem w kierunku klasy. Coś tam jeszcze krzyczał, wciąż wyższym głosem.
Do klasy zdążyłem chwilę przed dzwonkiem. Wszyscy uczniowie, których znam byli już w klasie.
Moje miejsce było puste.
Edytorka: WTF 👆

super czekam na dalszy ciąg
OdpowiedzUsuń